czwartek, 2 sierpnia 2018

Rozdział dziesiąty

Rano obudziłam się z głową na nagim torsie Luki, który jeszcze spał obejmując mnie ręką w talii i lekko rozdmuchując wydychanym powietrzem moje włosy, w które miał wsadzony nos. Delikatnie uwolniłam się z jego objęć i spojrzałam na niego. Wyglądał tak uroczo z rozrzuconymi po poduszce włosami tworzącymi wokół jego głowy czarną aureolę. Uśmiechnęłam się delikatnie i wstałam z łóżka. Starając się nie robić hałasu ubrałam sukienkę i uczesałam włosy. Nie miałam pojęcia, która może być godzina, ale zdawało się, że dość wczesna. Wyszłam z sypialni nucąc pod nosem bliżej nieokreśloną melodię. Zawsze tak robiłam, gdy starałam się ukryć emocje, a teraz byłam niesamowicie szczęśliwa, ale kto na moim miejscu by nie był? Przeżyłam swój "pierwszy raz" ze swoim ukochanym. O, tak... Ta noc była niezapomniana. Przechodziłam właśnie obok drzwi do sypialni Luny, który wyszedł z pokoju i uśmiechnął się do mnie.
 - Następnym razem bądźcie z Luką trochę ciszej. Cały zamek was słyszał, Lilio - powiedział, a ja spaliłam buraka. 
 - J-ja... - zająknęłam się.
 - Oj, siostra. Przecież ja żartuję - Zaśmiał się i poklepał mnie po plecach.
 - Bardzo śmieszne! - burknęłam, a Luna otworzył drzwi do jadalni i ukłonił się przede mną. Pokręciłam głową i weszłam do środka. - Dzień dobry - przywitałam się z rodzicami.
 - Dzień dobry, Lilio - mruknęła mama przyglądając mi się podejrzliwie.
 - Coś się stało, mamo? - spytał Luna, gdy usiedliśmy do stołu. Kobieta pokręciła głową, a tata spojrzał na mnie.
 - Mam nadzieję, że się zabezpieczyliście. Jestem jeszcze młody i nie chciałbym zostać dziadkiem tak szybko choć naturalnie cieszyłbym się z wnucząt - wypalił, a ja po raz kolejny dzisiaj spaliłam buraka.
 - TATO! - oburzyłam się. - Za kogo ty mnie masz?!
 - Właśnie, Lucyferze - Poparła mnie mama patrząc na męża z zażenowaniem.
 - Co? Ja tylko powiedziałem prawdę - bronił się Książę Ciemności. Pokręciłam głową i zabrałam się za śniadanie. Zjadłam dość szybko, chwyciłam talerz z kanapką oraz kubek z kawą i wróciłam do sypialni. Luka spał w najlepsze. Westchnęłam i odstawiłam jedzenie na szafkę nocną.
 - Luka... Czas wstawać, mój demonie - powiedziałam i złożyłam pocałunek na jego ustach, a on natychmiast mnie do siebie przyciągnął.
 - I taką pobudkę to ja rozumiem - powiedział, gdy się od siebie oderwaliśmy i pogłaskał mnie czule po policzku.
 - Ty wcale nie spałeś! - oburzyłam się i wyprostowałam krzyżując ramiona na piersi.
 - Spałem - bronił się.
 - Akurat! Przyniosłam Ci śniadanie - mruknęłam wykonując nieokreślony ruch ręką w kierunku szafki nocnej.
 - Uuu... Śniadanie do łóżka? Jak romantycznie - powiedział zabierając się za jedzenie.
 - Marzyć zawsze można - Spróbowałam pacnąć go w głowę, ale mi nie wyszło.
 - Za marzenia nie karają - Wystawił mi język uchylając się przed ciosem. Reszta poranka minęła mi nawet dobrze, ale i tak z radością wracałam do Nieba. W Krainie Światła wszyscy powitali mnie z serdecznością. Dobrze się czułam w tym miejscu i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym mieszkać gdzieś indziej. Tym razem jednak niby się uśmiechałam, ale w głębi duszy się jednak bałam. W głowie wciąż miałam słowa taty o wnukach. Zastanawiałam się czy powiedzieć komuś z "istot światła" o nocy z Luką, czy jednak zostawić to dla siebie. Byłam rozdarta. Z jednej strony nie umiałam kłamać (a właściwie nie powinnam umieć), a z drugiej... Czy niepowiedzenie o czymś zalicza się do kłamstwa? Sama już nie wiedziałam... Poszłam do swojego pokoju i zaczęłam czytać, żeby zająć czymś czas do obiadu. Pogrążona w myślach i przytłoczona zmartwieniami nie zauważyłam smoliście czarnego pióra, które pyszniło się dumnie wśród białych piór. Naprawdę nie wiedziałam co powinnam teraz zrobić. Przyznać się czy nie? W końcu... Miłość to nie grzech, prawda?

Rozdział dziewiąty

Krótkie ostrzeżenie:
Pod koniec rozdziału występują wątki:
- yaoi - wszystkich homofobów uprasza się o pominięcie fragmentu
- hetero (dla wyobraźni) - wszystkich heterofobów (bo i tacy mogą się znaleźć) uprasza się o pominięcie fragmentu 
No, to chyba wszystko. Dziękuję za uwagę. 

Rano obudziłam się w wyśmienitym humorze, ale dlaczego miałabym się smucić? W końcu mam urodziny. Heh. Dzisiejszy dzień będzie ciekawy. Już z daleka wyczułam obecność Pana i braci, więc zamknęłam oczy udając, że śpię. Ta... Nie umiem udawać, ale się staram. 
- Aniołku? 
- Czas wstawać. 
- Taki piękny dzień. 
- Aż żal tracić go na sen. 
Nie wytrzymałam i zaczęłam chichotać co po chwili przerodziło się w głośny śmiech. 
- Serio nie było widać, że udaję? - spytałam otwierając oczy. 
- Nie za bardzo - stwierdził Michał i przytulił mnie okrywając swymi skrzydłami, jak kokonem. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. 
Gdy czwórka moich gości złożyła mi życzenia nastał czas na życzenia od pozostałych. Szłam przez wioskę dziękując wszystkim za życzenia. Gdy byłam już prawie pod domem Pana dostrzegłam Nataniela. Stał oparty o pobliskie drzewo i uśmiechał się delikatnie. 
- Witaj, Lilio - Na mój widok uśmiechnął się szerzej. 
- Witaj, Natanielu - Odwzajemniłam jego uśmiech. 
- Um... Możemy porozmawiać? - spytał i dość niepewnie chwycił moją dłoń. Wszystkie jego gesty były dość niepewne. Ale tacy właśnie byli "bracia mniejsi", czyli ostatni "mieszańcy", którzy po wojnie aniołów i demonów zdecydowali się zostać w Niebie. Westchnęłam i splotłam nasze palce. 
- Jasne, że możemy - rzekłam i odeszłam z nim na bok. - Coś się stało? 
- B-bo... Bo j-ja... Ja... Bo ja chciałem... - jąkał się. 
- Tak? - zachęciłam go. 
- Wszystkiegonajlepszego - powiedział szybko wystawiając przed siebie rękę z bukietem, który znikąd zmaterializował się w jego dłoniach. 
- Nat? - zdziwiłam się i spojrzałam na niego, niepewnie przyjmując prezent. 
- To lilie - wyjaśnił czerwieniąc się po czubki uszu. - Byłem na Ziemi. Zobaczyłem te kwiaty, od razu pomyślałem o Tobie i...
- To miłe z Twojej strony. Dziękuję - Uśmiechnęłam się i zbliżyłam kwiaty do twarzy wdychając ich woń. - Mmm... Jak ładnie pachną. 
Wróciliśmy z Natem na śniadanie i od razu przywitał nas urodzinowy tort. Westchnęłam cicho, ale w duchu cieszyłam się jak mała dziewczynka. Moje dwudzieste pierwsze urodziny. I pomyśleć, że od wojny minęło już 17 lat. Aż trudno uwierzyć. Ech... Przyjęcie minęło w miłej, rodzinnej atmosferze, ale ja ciągle myślałam o tym, co wymyślili rodzice, brat i przyjaciel. W końcu Luna mówił wczoraj coś o niespodziance, a Luka powiedział "do zobaczenia jutro" to musi coś znaczyć, prawda? A kogo ja oszukuję? Po prostu chciałabym, żeby pamiętali o tym dniu. Nie ważne! Po przyjęciu bracia i Nat odeskortowali mnie na Ziemię, gdzie czekał jeden ze strażników z zamku rodziców. 
- Witaj, księżniczko - Ukłonił się przede mną na co ja przewróciłam oczami. Nie lubiłam tytułów, którymi praktycznie wszyscy mieszkańcy Geheny mnie obdarzali. Tylko Luka miał na tyle oleju w głowie, że zwracał się do mnie po imieniu, a reszta... Szkoda gadać. Już dawno przestałam strzępić sobie język (czyt. tłumaczyć demonom, że tytuły są niepotrzebne i mają się do mnie zwracać po imieniu). Towarzyszący mi aniołowie mnie pożegnali, a ja złapałam strażnika za rękę i zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam staliśmy w ciemnym korytarzyku, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Nagle wyszła z niego jakaś demonica. 
- Witaj, księżniczko. Jestem Tris. Zaprowadzę księżniczkę do pokoju i pomogę księżniczce się przygotować, dobrze? - Dziewczyna wyglądała na zdenerwowaną. 
- Dobrze - Posłałam jej ciepły uśmiech i ruszyłam za nią. 
Półtorej godziny później siedziałam na specjalnie przygotowanym tronie w sali balowej i słuchałam ostatnich pouczeń mamy dotyczących tego, jak powinnam się zachowywać podczas przyjęcia. 
- ...nie wolno Ci odmówić żadnego tańca, ale pierwszy musisz oddać swemu ojcu, drugi powinien należeć się Lunie, a trzeci naturalnie przyjmiesz od Luki. Potem tańczysz z każdym kto Cię poprosi. Co do jedzenia... Ja wiem, że On uczy was, na górze innych zasad, ale my nie modlimy się przed posiłkiem i prosiłabym, żebyś dzisiaj tego przestrzegała - Słuchałam uważnie swojej rodzicielki, która chodziła w kółko i żywo gestykulowała. Westchnęłam cicho i poruszyłam niespokojnie skrzydłami. Ostatnio nauczyłam się je chować. 
- Matko? A co mam zrobić ze skrzydłami? - przerwałam kobiecie w pół zdania. 
- Co?! - warknęła. - Ach! Skrzydła mogą zostać. 
- Lilith... Kochanie nie denerwuj się tak - Tata uśmiechnął się krzywo na widok mamy. 
- Jak mam się nie denerwować, Lucyferze? A jeśli nasz syn znowu... - zaczęła mama, a ja przestałam poprawiać swoją czarną, rozkloszowaną suknię, która, jak dla mnie, miała za duży dekolt i spojrzałam na Lunę, który wyraźnie się zarumienił. 
- A-ale ma-mamo... To było dawno i nieprawda - wyjąkał. 
- To było rok temu! - huknęła kobieta kładąc dłonie na biodrach. 
- Byłem pijany, a Samiel... - tłumaczył mój brat. 
- Kto to Samiel? - wtrąciłam. - I o co chodzi? 
- O nic, skarbie. Skupmy się na Twoim przyjęciu - Tata zaczął machać rękoma. Wzruszyłam ramionami i odpuściłam. 
Pół godziny później nogi zaczęły mi odpadać od ciągłego tańca. Jeszcze miałam wrażenie, że każdy kto ze mną tańczył zaglądał mi w dekolt. Okropne. Wypite wino już dawno szumiało mi w głowie, a ja miałam dość. Jedyne o czym marzyłam to sen. Korzystając więc z faktu, że Luna z Luką gdzieś zniknęli, mama poszła wydać służbie odpowiednie polecenia co do przygotowania pokoi dla gości, a ojciec zabawiał tych ostatnich jakimiś anegdotami z najwcześniejszych lat mego życia ja postanowiłam się ulotnić. Najciszej jak mogłam wyszłam z sali balowej i zaczęłam kierować się do swojej sypialni. Przechodząc obok lekko uchylonych drzwi usłyszałam stłumione jęki i ciche posapywanie. Zaciekawiona otworzyłam drzwi na całą szerokość i stanęłam w przejściu zaglądając do środka. Może to wypity przeze mnie alkohol sprawił, że scena jaką tam zastałam nie zrobiła na mnie wrażenia. W pokoju było dość ciemno, a źródło oświetlenia stanowiły zapalone świeczki. Na łóżku klęczał Luna bez koszulki, a pod nim leżał Luka w samych bokserkach, do których mój brat właśnie się dobierał jednocześnie całując znajdującego się pod nim chłopaka. 
- Anioły żyją skromnie. Nie stać mnie na bycie ciocią - Zachichotałam, gdy Luna zszedł ustami na szyję i obojczyk Luki, gdzie zaczął robić brunetowi malinki. Czując, że jestem coraz bardziej zmęczona zostawiłam dwóch kochasi samych sobie i wznowiłam wędrówkę do swojej sypialni. Znalazłszy się w niej szybko poszłam do łazienki i przebrałam się w swoją białą sukienkę przed kolano. Gdy wróciłam do pokoju zobaczyłam siedzącego na łóżku Lukę, który za chwilę wstał, podszedł do mnie i przygwoździł moją osobę do ściany. 
- Ciąża między dwoma facetami jest niemożliwa. Poza tym jeśli chciałbym mieć dzieci to z Tobą, a nie z Twoim bratem - mruknął i wpił się zachłannie w moje wargi. Smakował winem i obietnicą niezapomnianej nocy. 
- Luka... - szepnęłam, gdy się od siebie oderwaliśmy. 
- Ci... - Położył palec na mych ustach. - Kocham Cię, Lilio. 
- Też Cię kocham, mój demonie - Uśmiechnęłam się, a on znowu mnie pocałował i położył nas na łóżku całując zachłannie moje usta, szyję i odsłonięte obojczyki. Cóż... Reszty nie trudno się domyślić prawda?

Rozdział ósmy

Następne dni wyglądały tak samo. Budziłam się, ubierałam, jadłam śniadanie, poprawiałam swój wygląd i Michał, Rafael lub Gabriel odeskortowywali mnie na Ziemię, gdzie zwykle czekali Luka i Luna, którzy zabierali mnie do Krainy Ciemności. Właśnie. Luka... Ostatnio zauważyłam, że ciągle o nim myślę... Czyżby stał się dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem? Luna stwierdził iż ja się Luce podobam. Brat Luki - Ren i mama bruneta - pani Ashley też tak twierdzą. Sama już nie wiem.
- Aniołku? Masz chwilę? - Pogrążona w myślach i zajęta udawaniem, że czeszę włosy nie zauważyłam obecności Pana.
- Dla Ciebie zawsze, Panie - Uśmiechnęłam się. Stwórca również posłał mi uśmiech, usiadł obok mnie i sięgnął ręką do mych skrzydeł wyrywając z nich jedno pióro, po czym mi je pokazał. Było czarne jak smoła. Przerażona spojrzałam Mu w oczy, które zwykle wypełnione były dobrocią i miłością, a teraz dostrzegłam w nich głęboki, bezbrzeżny smutek.
- Niepomnaś na me ostrzeżenia, aniołku - powiedział.
- A-ale... Ale... Ale ja nic nie zrobiłam - odrzekłam. Pan westchnął i w zamyśleniu pogładził się po brodzie. Nagle wstał i poklepał mnie po głowie.
- Uważaj na siebie, aniołku - mruknął wychodząc.
Dokończyłam czesać włosy i wyszłam z domu. Na dworze stał Gabriel.
- Wszystko dobrze, Lilio? - spytał z troską.
- Tak. Dlaczego pytasz? - zdziwiłam się.
- Strasznie blado wyglądasz - wyjaśnił.
- Nic mi nie jest - Uśmiechnęłam się do przyjaciela.
Na Ziemi jak zwykle czekali Luna i Luka. Przytuliłam ich na powitanie, a Gabriel wrócił do Krainy Światła.
- Witaj, siostrzyczko - Luna pogłaskał mnie po włosach. - Niestety dziś nie możemy Cię zabrać do Geheny, bo zepsulibyśmy niespodziankę.
- Oczywiście - mruknęłam, gdy mój brat puścił Luce oczko i znikł w kłębie czarnego dymu.
- To co, Lilio? Może spacer? - zaproponował Luka.
- Z chęcią - Ucieszyłam się.
Spacerowaliśmy już dłuższy czas trzymając się pod ręce.
- Co u Ciebie, Lilio? - spytał Luka.
- Dobrze, ale...
- Ale?
- Czy spotykając się z Tobą, Luną i rodzicami robię coś złego? - spytałam.
- W jakim sensie? - zdziwił się.
- No, bo niby Pan mi przyzwolił się z wami spotykać, ale dzisiaj wyrwał mi ze skrzydła czarne pióro - wyjaśniłam, a mój towarzysz wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Nie przejmuj się.
- Jak mam się nie przejmować, Luka? Przecież...
- Spokojnie, Lilio - Luka położył palec na mych ustach. Westchnęłam cicho. Może faktycznie udzieliła mi się niepotrzebna panika? Ruszyliśmy dalej. Każde z nas pogrążone było w myślach. Ja myślałam o swoich urodzinach, które wypadały nazajutrz. Znałam się z Luką już rok. Szybko zleciało. Pan i bracia pewnie urządzą mi małe przyjęcie z tej okazji. Ech... To skomplikowane... Pogrążona w myślach nawet nie zauważyłam Gabriela, który stał oparty o pobliskie drzewo i obserwował moją osobę.
- Lilio... - Zaśmiał się gdy przechodziłam obok niego.
- Um? Gabriel? To już wieczór? - zdziwiłam się.
- Tak - potwierdził archanioł, a ja przytuliłam Lukę na pożegnanie.
- Do zobaczenia jutro, Lilio - szepnął mi do ucha i znikł w kłębie czarnego dymu, tak jak wcześniej Luna. Rozwinęłam skrzydła i wzleciałam w powietrze kierując się do Nieba.
- Jutro jest wyjątkowy dzień, Lilio. Powinnaś być wyspana. Dobranoc - pożegnał mnie anioł.
- Dobranoc, Gabrielu - mruknęłam patrząc za znikającym w głębi wioski przyjacielem.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wesołych świąt

Życzę wszystkim świąt wesołych.
Kurczaczka, rodziny w komplecie i smacznego jajka.
A wszystkim czytelnikom wielkiej cierpliwości w oczekiwaniu na nowe rozdziały.
Zdrowych, wesołych, szczęśliwych świąt i mokrego dyngusa.

wtorek, 17 stycznia 2017

Rozdział siódmy

Gdy dolecieliśmy do nieba...
 - Rafael? J-ja pójdę już do siebie. Nie jestem głodna - ...najzwyczajniej w świecie spanikowałam. Archanioł spojrzał na mnie troskliwie.
 - Lilio, co się dzieje? - spytał.
 - Nic - mruknęłam i poleciałam do swojego domu.
Usiadłam na łóżku i wpatrzyłam się w widoczny za oknem dziki sad, po którym spacerowały zbawione dusze. Patrzyłam jak zahipnotyzowana na małe dzieci, których kroki sprawiały, że między drzewami rozkwitały przepiękne kwiaty. Myślałam, że wspaniale byłoby posiadać moc taką, jak te młode duszyczki. Ech. Położyłam się na łóżku i wpatrzyłam w sufit. Był tak pomalowany by wyglądem przypominał nocne niebo. Zaczęłam nucić pod nosem bliżej nieokreśloną melodię. Nagle do pokoju wszedł Pan i spojrzał na mnie. Przełknęłam cicho ślinę.
 - Dlaczego nie byłaś na obiedzie, aniołku? - zapytał i westchnął.
 - Ponieważ nie jestem głodna - wyjaśniłam i w tym momencie zaburczało mi w brzuchu. Dzięki! Wielkie dzięki!
 - Idź coś zjeść - Usłyszałam i powlokłam się powoli do domu Pana. Zjadłam obiad i już miałam wrócić do domu, gdy nagle Pan poprosił o chwilę rozmowy, a ja się zgodziłam.
 - Coś się stało? - spytałam przeczuwając już o co chodzi.
 - Gdzie byłaś? - Usłyszałam.
 - Na ziemi - odparłam cicho.
 - Rafael mówił, że byłaś z Lucyferem, Lilith i jeszcze dwójką demonów. To prawda?
 - T-tak, przepraszam.
 - Ech. Skoro chcesz ich widywać to wystarczyło powiedzieć. Możesz ich odwiedzać kiedy tylko zechcesz.
 - Naprawdę? Dziękuję! - krzyknęłam. Nie zważając na swoją pozycję względem Pana rzuciłam mu się na szyję i przytuliłam go.
 - Nie musisz dziękować, aniołku. To twoi rodzice, ale obiecaj, że nie przejdziesz na ich stronę. Uważaj, żeby nie zostać Upadłą Anielicą - przestrzegł mnie Pan.
 - Obiecuję, Panie - Gorliwie pokiwałam głową i wróciłam do siebie. Byłam tak szczęśliwa, że nie zauważyłam czarnego kruka, który wleciał przez otwarte okno do mego pokoju, otworzył dziób upuszczając tym samym list i odleciał. Byłam zbyt szczęśliwa, by dogłębnie przeanalizować prośbę Pana. Postanowiłam się zdrzemnąć, więc mimo wczesnej pory położyłam się do łóżka i zapadłam w sen.

Rozdział szósty

Z punktu widzenia Lilii:
Luka złapał mnie za rękę i pociągnął w sobie tylko znanym kierunku. Będą kłopoty... i to przez duże "k"! W tym momencie mocno się nienawidzę za mój niewyparzony język. Ech... Już za późno. Chłopak ciągnął mnie przed siebie. Przemierzaliśmy bogato zdobione korytarze w ciemnych kolorach. Swoją drogą moi rodzice mają dobry gust i fajnie się urządzili. Raz po raz mijaliśmy demony, które patrzyły krzywo na moje duże, białe skrzydła. W sumie to się im nie dziwiłam...
 - Luka. Zwolnij trochę... - poprosiłam w pewnej chwili. Chłopak przystanął i spojrzał na mnie przez ramię.
 - Przepraszam - mruknął i zaczesał moją przydługą, blond grzywkę opadającą po lewej stronie twarzy za ucho.
 - Gdzie mnie prowadzisz? - spytałam z uśmiechem. Zaśmiał się cicho.
 - Zobaczysz - mruknął i znowu zaczął iść przed siebie. 
Po kilkunastu minutach dotarliśmy przed podwójne drzwi, które były strzeżone przez dwóch demonicznych strażników. Luka coś im chwilę wyjaśniał, po czym wrócił do mnie.
 - Lu... - zaczęłam lecz jego wzrok nakazał mi ciszę.
 - Strażnicy zgodzili się wpuścić nas do środka. Kiedy tam będziemy, rób to co ja - Pokiwałam głową i poszłam za nim. Znaleźliśmy się w przestronnym pomieszczeniu. Przed nami na dwóch złotych tronach rzeźbionych w motywy czaszek siedziały dwa demony o ogromnych, smoliście czarnych skrzydłach. Luka klęknął w pewnym oddaleniu od tronu i pochylił głowę, a ja poszłam w jego ślady.
 - Panie, Pani - powiedział młody demon. Poczułam na sobie czyjś zaciekawiony wzrok, więc złożyłam do końca swoje skrzydła, ale nie śmiałam podnieść wzroku z podłogi, która w tym momencie wydawała mi się bardzo interesująca. A, że miałam bardzo dobrą pamięć to już po kilku chwilach znałam na pamięć każdy wzorek skrawka podłogi, na którym klęczałam. Ukazywał on demona próbującego podpalić skrzydła aniołowi, podczas gdy drugi anioł czaił się z tyłu, wśród drzew z mieczem, gotowy obciąć temu demonowi jego skrzydła. Było to na swój sposób piękne.
 - Luka, mój drogi... - zaczął głęboki, męski głos.
 - Powiedz, proszę, dlaczego przyprowadziłeś tu anioła - Skończył głos kobiety i ktoś do mnie podszedł. Coś kazało mi podnieść głowę; uczyniłam tak i skrzyżowałam spojrzenie z czerwonymi tęczówkami stojącej nade mną kobiety, która (najprawdopodobniej) właśnie poddawała mnie ocenie. W końcu jej źrenice rozszerzyły się do granic możliwości.
 - T... to niemożliwe - wyszeptała odsuwając się ode mnie. 
 - Lilith? - Lucyfer podszedł do żony i objął ją ramieniem. Wyglądali razem tak dostojnie i majestatycznie (zupełnie tak, jak sobie wyobrażałam). Rzuciłam szybkie spojrzenie Luce i wyraziłam mu niemo wdzięczność.
 - Lucyfer... T-to... To ONA - powiedziała moja mama. Tata spojrzał na mnie przenikliwie swoimi uważnymi, mądrymi, czarnymi oczami. 
 - Jesteś pewna, kochanie? - spytał i podszedł do mnie. - Jak ci na imię, anielico? - Usłyszałam.
 - Lilia, panie - odrzekłam pochylając głowę, a Lucyfer... tak po prostu mnie przytulił. - Um? - zdziwiłam się niepewna tego, co powinnam teraz zrobić. Lilith podeszła do nas i pogłaskała mnie po głowie.
 - Witaj w domu, Lilio - powiedziała miękko. Nagle drzwi otworzyły się i do sali wszedł (na oko) dwudziestosześcioletni demon, który otaksował mnie krytycznym spojrzeniem czerwonych oczu.
 - Kto to? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
 - Luna! Ile razy mam powtarzać, że pierwszemu paniczowi piekieł nie wypada podsłuchiwać! Kiedy to wreszcie do ciebie dotrze, synu?! - zdenerwował się tata.
 - Oj tam, oj tam - zbył tatę "Luna". Spojrzałam na "brata", a on obdarzył mnie niechętnym wzrokiem. Westchnął ciężko.
 - Więc kim jesteś? - spytał.
 - Lilia - Brzmiała krótka odpowiedź z mych ust. Luna spojrzał na rodziców.
 - Chyba nie... - zaczął.
 - Owszem. Ona - powiedział tata. Luna spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i podszedł do mnie. Nim zdążyłam choćby mrugnąć znalazłam się w silnych objęciach brata.
 - Witaj w domu siostrzyczko - Usłyszałam. - Zechcesz zjeść z nami obiad? - spytał po chwili.
 - Um... To już czas na obiad? - zdziwiłam się. Przeraził mnie fakt, że może już być tak późno. 
 - Tak. Za pół godziny - powiedział Luka. Spojrzałam na niego.
 - Luka... Ja za pół godziny muszę być na górze - powiedziałam.
 - Na samej górze? - upewnił się.
 - Na SAMEJ - potwierdziłam. 
 - Po co? - Wtrącił Luna.
 - Bo Pan poprosił, żebym wróciła na obiad - wyjaśniłam. 
 - Przecież masz jeszcze czas - zauważył mój brat. - Zawsze możesz powiedzieć, że straciłaś rachubę czasu - dodał.
 - To nie takie proste - mruknęłam i pokazałam bransoletkę z małą, lśniącą łezką na dole. - Dzięki tej bransoletce Michał, Rafael i Gabriel zawsze mnie znajdą. Gdziekolwiek bym się nie ukryła oni zawsze będą wiedzieli, gdzie jestem. A jeśli nie wrócę na obiad to Pan każe im mnie szukać - wyjaśniłam.
 - Rozumiemy - westchnęła mama. Złapaliśmy się wszyscy za ręce i spowił nas czarny dym, a gdy opadł staliśmy na łące.
 - Lilio? Zdajesz sobie sprawę, że w piekle czas płynie inaczej niż na ziemi czy w niebie? - spytał Luka.
 - Nie - odparłam zgodnie z prawdą.
 - Nie zdążysz do nieba - rzekł Luna.
 - Dlaczego nie? - zdziwiłam się.
 - Bo obiad trwa już pięć minut - Usłyszałam za sobą i obróciłam się na pięcie. Spojrzałam na lekko zdenerwowanego Rafaela i uśmiechnęłam się niewinnie. Bracia zawsze powtarzali, że ten uśmiech jest rozbrajający. Anioł pokręcił głową w rozbawieniu. 
 - Nie potrafimy się na ciebie gniewać - powiedział. Westchnęłam i machnęłam skrzydłami.
 - Przepraszam - mruknęłam spuszczając głowę. Archanioł przytulił mnie. - R-rafael? - zdziwiłam się niepewnie odwzajemniając uścisk.
 - Martwiliśmy się o ciebie, aniołku - powiedział. - Lećmy już, moja droga - dodał po chwili. Pożegnałam się z demonami, rozwinęłam skrzydła i ruszyłam za Rafaelem, który obiecał, że porozmawia z Panem i postara  się wziąć moją stronę.

Rozdział piąty

J-jak to w ogóle możliwe?! Że niby rozmawiam z córką naszych władców?! Niebywałe! Lilia zaniepokojona długą ciszą z mojej strony westchnęła.
 - Nie wierzysz mi, prawda? - spytała, a po jej policzku spłynęła łza. Wyciągnąłem rękę i wytarłem słoną kroplę znaczącą jej piękną twarz mokrym śladem.
 - Oczywiście, że ci wierzę - Uśmiechnąłem się do niej. Westchnęła i odwzajemniła mój gest. Wyglądała tak pięknie.
 - Naprawdę? - spytała z nadzieją. Pokiwałem głową. Najwyraźniej jej ulżyło. - Chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć rodziców - Usłyszałem. Złapałem ją za rękę i pomyślałem o miejscu, w które chcę trafić. Wyobraziłem sobie pałac księcia i księżny. 
 - Zamknij oczy, Lilio - szepnąłem, gdy zaczął spowijać nas czarny pył. Wykonała polecenie. Po chwili byliśmy na miejscu. Ta... to zdecydowanie nie był dobry pomysł. Dziewczyna otworzyła swoje piękne, czarne oczy.
 - Gdzie jesteśmy? - spytała rozglądając się dokoła. Zaśmiałem się delikatnie.
 - To jest pałac twoich rodziców - wyjaśniłem. Blondynka spojrzała na mnie z paniką na twarzy i nerwowo poruszyła skrzydłami.
 - Żartujesz, prawda?! Luka powiedz, że żartujesz! - krzyknęła. Zaprzeczyłem ruchem głowy i pociągnąłem ją w sobie tylko znanym kierunku.